Marek i Karolina Parypa: „Mieszkamy w vanie z trójką dzieci, wspinamy się i podróżujemy. Ludzie mają nas za kosmitów”

Karolina i Marek wraz z trójką dzieci: 3 – letnią Miłką, 11 – letnią Gają oraz 14 – letnim Frankiem i psem Harrym, od dwóch lat mieszkają w niedużym vanie przerobionym na kampera. Od października do czerwca podróżują i wspinają się w rejonach Europy Południowej. W pozostałe miesiące opiekują się Taborem pod Krzywą – kultowym miejscem w Górach Sokolich. Marek, który zaczął wspinać się w Anglii przekazał swoim dzieciom zajawkę do wspinania na własnej i miłość do gór. Nie dziwi więc, że jego syn Franek zrobił niedawno Żywcem mnie nie wezmą VI.4+ w Kingsajzie. Warto dodać, że w wieku siedmiu lat zakładał już w zimie stanowiska w Tatrach… Zapraszam do przeczytania wywiadu z tą niekonwencjonalną rodziną, w którym opowiedzą, jak znaleźli się w obecnym miejscu i czy są szczęśliwi.
Z rodziną Parypów spotykam się we wrześniu, w deszczowy i trochę ponury dzień na Taborze pod Krzywą. Pomimo aury za oknem jest wesoło, miło i rodzinnie. Ciekawostką dla mnie jest to, że Marek rozmawia z dziećmi głównie po angielsku. Duże znaczenie ma tu fakt, że wychował się w Anglii i posługuje się doskonale tym językiem. Ogień w kominku trzaska i przyjemnie nas grzeje, więc siadamy wszyscy przy stole i zaczynamy rozmawiać o tym co było, jest i będzie.
AGATA KAJCA (MAMA W SKAŁACH): Jak to się stało, że zostaliście opiekunami Taboru pod Krzywą?
MAREK PARYPA: Ostatnie 15 lat mieszkaliśmy w Beskidach, a Sokoliki od zawsze były naszym ulubionym rejonem wspinaczkowym. Cztery lata temu postanowiliśmy wywrócić nasze bardzo poukładane życie do góry nogami i rozpoczęliśmy proces zmiany, w którym celem było zamieszkanie w vanie i podróżowanie. Jednym z naszych pierwszych przystanków był Tabor Pod Krzywą. Któregoś dnia w lipcu Sławek, właściciel taboru, zapytał, czy moglibyśmy opiekować się tym miejscem przez cały wrzesień. Poszło nam dobrze.. To jest dobre zajęcie dla nas. Tabor jest cichy i spokojny, ukryty w lesie. Dobrze się tu czujemy.

Jak wywraca się życie do góry nogami krok po kroku?
Marek: To pomysł mojej żony. Nie śmiałbym zaproponować wizji pod tytułem „sprzedajmy dom i podróżujmy po Europie, żeby się wspinać”. Przez 15 lat żyliśmy jak chomiki w karuzeli – pracowaliśmy, woziliśmy dzieci do szkoły, znowu pracowaliśmy, a to co zarobiliśmy wydawaliśmy, żeby dowozić dzieci do szkoły. Marzyliśmy, że kiedy dzieci dorosną, to będziemy podróżować, ale w pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że życie jutrzejszym szczęściem jest strasznie złudne. To jest odkładanie marzeń na półkę. Tracisz wtedy tu i teraz.
KAROLINA PARYPA: Pomysł pojawił się w czasie pandemii, kiedy byliśmy na Wigrach. Jechaliśmy na spływ kajakowy wielkim vanem i pomyślałam, że w takim aucie wszyscy byśmy się zmieścili i można by tak żyć we czwórkę. Po miesiącu wystawiliśmy dom na sprzedaż i zaczęliśmy szukać kampera. Zgromadziliśmy mnóstwo rzeczy, więc proces pozbywania się ich był ciekawy, przyjemny i piękny. Przez te cztery lata był moment zwątpienia, zostaliśmy też po raz trzeci rodzicami. Nauczyło nas to, że czasami trzeba poczekać, żeby życie nadążyło za marzeniem. Cieszę się, że to przetrwaliśmy. Wcześniej żyłam „po bożemu” i wiem, że tak potrafię. Teraz żyję tak, jakbym miała kilka żyć w jednym, ponieważ tyle się dzieje.
A jak Wam się mieszka w 5 osób w vanie i to z maluchem na pokładzie? Lubcie taki styl życia?
Karolina: Z dużego domu przeskoczyliśmy do mikro przestrzeni. Takie życie jest obarczone kompromisami. Mieszkanie w vanie wymusza to, że więcej czasu spędza się na świeżym powietrzu. Jest dobrze, natomiast czuję potrzebę zacumowania. Chciałabym trochę stęsknić się za życiem w vanie. Największym plusem jest to, że naprawdę wiem co słychać u moich dzieci, czy coś ich martwi albo z czym mają aktualnie problem. Jestem na bieżąco.
Marek: Życie w vanie jest ciekawe, jeżeli chodzi o relacje rodzinne i to co się dzieje między nami. To jest trochę tak jakbyśmy się sami skazali na lockdown. Ludzie z zewnątrz myślą, że my jesteśmy jakimiś kosmitami, że dajemy radę razem mieszkać na kilku metrach kwadratowych. Każdy z nas ma mocny charakter, ale nie chowamy długo do siebie urazy i decydujemy się jechać dalej. Bywa rożnie, ale to jest superciekawy proces w głąb siebie. Między nami są ciągłe rozmowy o tym co nas rusza w naszym zachowaniu, bo od siebie nie uciekniemy. Bardzo mi się to podoba i chyba najmniej z całej brygady mam w sobie taką małą tęsknotę za dawnym życiem.
FRANEK PARYPA: Podoba mi się takie życie, ale też przydałaby się przerwa. Świetnie byłoby się stęsknić trochę za życiem w vanie. Super jest to, że dużo podróżujemy a wszystko co jest nam potrzebne mamy ze sobą.

A jak rozwiązaliście kwestię edukacji dzieci?
Karolina: Zdecydowaliśmy się na edukację w chmurze. Franek i Gaja korzystają z platformy i sami decydują, kiedy się uczą. Mają też wsparcie nauczycieli i egzaminy online. Obowiązuje ich tylko podstawa programowa, co uważam za plus. Nie mają problemu z nauką. Angielski znają perfekcyjnie, dzięki temu, że od małego mają styczność z tym językiem. Główną obawą był i jest aspekt socjalny i to, że mają mniej interakcji z rówieśnikami, ale staramy się im to zapewniać na tyle, ile jest to możliwe.
Marek: Pierwszy etap podróży wspominam jako hardcore, ponieważ byliśmy w piątkę w małej przestrzeni. Nie mogliśmy doczekać się, kiedy spotkamy jakieś rodziny z dziećmi, ale po drodze spotykaliśmy tylko pary z niemowlakami. Ktoś nawet podróżował ze świnią, ale nie z nastolatkami. Karolina myślała wtedy, że zwariowaliśmy i robimy dzieciom krzywdę. W końcu dojechaliśmy do wioski kitesurferów i to był strzał w dziesiątkę. Stało tam sto kamperów, w tym co piaty z Polski i z nastolatkami.

Jak udała Wam się pierwsza, długa podróż? Dokąd dojechaliście?
Marek: Dojechaliśmy vanem do Portugalii. To była pierwsza długa podróż, która wiele nas nauczyła. Pierwszym celem była Paklenica, ale zepsuło nam się auto i utknęliśmy w Zadarze na miesiąc. To był chrzest bojowy czy nadajemy się na takie wyjazdy. Zanim wyjechaliśmy z Polski mieliśmy wielkie marzenia o wspinaniu i podróżowaniu przez pół roku, a tymczasem znaleźliśmy się w miejscu, gdzie był tylko jeden trawers deep water solo. Robiliśmy go z Frankiem i Gają w dzień i w nocy. Cruxem było, kiedy woda w morzu się podnosiła albo obniżała, bo zalewało nam wtedy stopnie trawersu. Teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy byliśmy mocno wygłodzeni wspinaczkowo.
Karolina: Po Chorwacji było Lumignano we Włoszech. Mikołajki spędziliśmy w zimnej Francji. Chodziły wtedy plotki, że w Hiszpanii jest ciepło, więc tam pojechaliśmy. To był super czas – więcej ludzi, słońca, szaber pomarańczy ;).

Marku, wiem, że przez sporą część życia mieszkałeś i wspinałeś się w Wielkiej Brytanii. Kraju, w którym nie obija się dróg ani stanowisk. Mógłbyś nam przybliżyć jakie są różnice we wspinaniu na Wyspach a w Polsce?
Bardzo podoba mi się etos pozostawienia miejsca, w którym się znalazłeś „nietkniętym”. Ta zasada nie dotyczy tylko obijania skał, ale również pozostawiania śmieci i odchodów. Nie jestem konserwatywny co do używania magnezji, bo to się zmyje ze skały, ale ten etos mi się podoba. W Anglii jest bardzo mało dróg sportowych i nie ma takich ogródków wspinaczkowych jak w Polsce. Wspinanie sportowe jest wyjątkiem, można je znaleźć na przykład na wyspie na południe od Portland. Są tam wapienne kamieniołomy z obitymi drogami.
Mieszkając w Anglii wydawało mi się, że wspinanie wszędzie tak wygląda, dopóki nie zaczęły się wyjazdy na wyspy Morza Śródziemnego czy Sardynię. Wtedy okazało się, że istnieją całe połacie ścian z obitymi drogami sportowymi. Nie spodziewałem się tego i to było ogromne zaskoczenie, zwłaszcza dla kogoś kto wspina się głównie z własną asekuracją.
Czy wspinanie się w takiej specyfice sprawiło, że dużo działacie z synem tradowo? Jakie były początki Waszego wspólnego wspinania?
Marek: Niewiele brakowało, żeby tej wspinaczki w naszym życiu w ogóle nie było.
Karolina: To prawda. Marek jak się dowiedział, że jestem w pierwszej ciąży wyprzedał cały sprzęt wspinaczkowy. Śruby lodowe, kurtki, śpiwory…
Marek: Tak było. Przewartościowałem sobie wtedy wszystko. Stwierdziłem, że nie warto jest ryzykować w górach wysokich jak już się ma rodzinę. Za to od początku dużo chodziłem z dziećmi po górach. Robiły to bardzo chętnie i wszyscy się temu dziwili, bo mieli inne doświadczenia. Byłem w to mocno wkręcony i na przykład przez całą drogę wymyślałem dla dzieci historyjki w odcinkach albo opowiadałem im o przyrodzie. Widziałem w ich czach fascynację i czułem też z tego powodu satysfakcję. Góry to ważny element mojego życia.

To w takim razie, kiedy nastąpił moment powrotu do wspinaczki?
Marek: Mniej więcej, kiedy Franiu miał pięć lat, a Gaja dwa. Wpadłem na pomysł, żeby wybudować w naszym domu ściankę wspinaczkową. Szybko stało się to ulubionym miejscem dzieciaków – mordowali ten panel codziennie i ciągle musieliśmy dokupywać chwyty. Frankowi tak zostało – do tej pory ma więcej motywacji do trenowania niż ja – może, dlatego już dawno mnie wyprzedził, jeśli chodzi o poziom wspinaczkowy. Chodziliśmy też wspinać się w terenie. Franiu miał siedem lat, kiedy pojechałem z nim wspinać się zimą w Tatrach. Potrafił już wtedy założyć własne stanowisko, na które mnie wciągał. Dokładnie mu wcześniej wytłumaczyłem co ma zrobić . Było to wielokrotnie przećwiczone i miał już doświadczenie chodząc na drugiego, gdzie widział jak to działa wszystko w praktyce. Wiedziałem, że sobie poradzi. Zrobiliśmy Grań Kościelców.
Rok później, w wieku ośmiu lat zrobiliśmy pierwsze podejście do Kuluaru Kurtyki w Tatrach. Pamiętam, że z góry leciało na nas dużo śniegu i kiedy Franiu podnosił czekan do góry, żeby go wbić, to ręka mu drżała z zimna. Zrobiliśmy wtedy wycof. Za drugim razem było strasznie lawiniasto i zawróciliśmy 100 metrów przed początkiem drogi . Udało nam się tam wejść dopiero za trzecim razem.
Siedmiolatek, który zakłada w zimie stanowiska w Tatrach to raczej niecodzienny widok. Co zadecydowało, że wiedziałeś, że sobie poradzi z tym wyzwaniem?
Marek: Z perspektywy czasu świetnie jest powiedzieć, że czułem, że on ma predyspozycje psychiczne do tego, żeby ogarnąć taką odpowiedzialność. Na tamten moment byłem pewny, że potrafi to zrobić i wziąłem za to odpowiedzialność. Gaja też ma w sobie takie coś, potrafi robić operacje sprzętowe, wspinała się ze mną na lodospadach w Słowacji. Zawsze zakładałem, że z czasem moje dzieci staną się moimi partnerami wspinaczkowymi.
W środowisku górskim i wspinaczkowym relacja między rodzicem, a dzieckiem się zmienia i jest specyficzna. Ustawia się bardziej na poziomie partnerskim. Rodzic nie jest już takim wszechwiedzącym i wszechmogącym ojcem, tylko partnerem. Razem się męczymy, razem będziemy mieli zakrwawione palce i razem przeżyjemy te emocje. Dzielenie tego jest dla mnie cudowne.

Marek a jakie są różnice, kiedy wspinasz się z synem, a kiedy z córką? W ogóle są jakieś?
Marek: Dzieci są zupełnie różne od siebie, więc obydwoje mają inne oczekiwania i potrzeby tego co chcą od skał czy gór. Na pewno wszystko ewoluuje na przestrzeni lat. Franek jest starszy, więc siłą rzeczy robimy trudniejsze akcje i może bardzie ryzykowne. Łatwiej mi pójść z nim na lodospad czy w góry zimą.
Z kolei, kiedy jestem z Gają poprzeczka akceptowalnego ryzyka jest niższa, chyba instynktownie próbuję ją chronić. Ale ona też potrafi mnie zaskoczyć, bo ma taki dzień, że chce cisnąć więcej, niż jestem gotowy z nią zrobić. Jeszcze jedna różnica to ilość wspinaczki. Franek może siedzieć w skałach od 6.00 do 20.00, a Gaja woli pójść na pół dnia i to jej wystarcza.
Karolina: Ja tylko dodam, że bardzo chciałabym, żeby Gaja miała też damskie towarzystwo do wspinaczki. Chcę dla niej, żeby mogła zobaczyć, jak to jest wspinać się w kobiecym gronie, bo myślę, że Gaja stała się rywalizacyjna, ale czasami też chciałaby sobie odpuścić.
Czy jako rodzeństwo wspinacie się razem? Słyszałam, że szczerość rodzeństwa na temat naszego wspinania bywa dopingujące albo staje się… punktem zapalnym do kłótni. Jak jest u Was?
Franek: Wspinamy się razem, ale lepiej nam idzie osobno.
GAJA PARYPA: Czasami się kłócimy.
Marek: Są między nimi kłótnie i wtedy mamy przerwę na jakiś czas od wspólnego wspinania. Wydaje mi się, że starają się współpracować we wspinaniu, ale mają też dużo tarć poza wspinaczkowych, co wpływa na to, że Franek dokucza Gai, a ona nie ma potem ochoty się z nim wspinać. Kiedy zdarza im się kłócić w górach czy skale od razu schodzimy – bezpieczeństwo jest najważniejsze, kiedy robisz rzeczy, które są niebezpieczne. Uważam, że zawistna kłótnia zaczyna stwarzać stan, w którym stajemy się nieżyczliwi dla drugiej osoby.
Franek, wiem, że masz na swoim koncie super przejścia tradowe – Sekretną Rysę VI.4, Żywcem mnie nie wezmą VI.4+ i w stylu OS Rysę w Okapie na Fajce VI.4. Gratulacje! Teraz coś sportowego czy dalej trad?
Nic specyficznego. Mam jeszcze do zrobienia kilka dróg w Kingsajzie. Jak pojedziemy na południe Europy to chciałabym podnieść poziom sportowy… Kocham wspinanie i góry. W przyszłości chciałabym związać życie ze wspinaczką i zostać instruktorem.
Gaja, a Ty? Jakie plany?
Na ten moment jednym z moich najlepszych przejść jest on-sight na 6c+ w Hiszpanii. W tym sezonie dużo wspinam się w Sokołach. Poprowadziłam tradowo Goraja i zrobiłam kilka szóstkowych, sportowych klasyków. Chcę podnosić poziom sportowy i tradowy.
Karolina a Ty się wspinasz? Jak Ty reagujesz na to, że dzieci wspinają się na własnej asekuracji a nie tylko na komfortowo obitych drogach sportowych?
Jako jedyna z całej piątki się nie wspinam. Próbowałam kiedyś, ale to nie moja bajka. Za to wspieram ich i fascynuje mnie ten sport. Wiem, że jak ktoś coś kocha, to jest to jego powołaniem.
Miewam lęki, kiedy idą się wspinać, ale staram się słuchać tego co mi serce podpowiada. W skałach w ogóle się nie boję, bardziej martwię się, kiedy są zimą w Tatrach Mam ogromne zaufanie do Marka, że on wie co robi, kiedy zabiera dzieci w góry. Wiem, że nie narazi nikogo niepotrzebnie na ryzyko i ma respekt do gór. Przed każdym wyjściem na wspin dokładnie mnie informują, gdzie się znajdują. Na miejscu zdają relację, uprzedzają, kiedy zniknie im zasięg. Mają natomiast takie wspólne historie, o których ja nie chcę wiedzieć.
Jak skończycie wartę na taborze, to w którym kierunku się udacie?
Marek: Leonidio. Jesteśmy umówieni z rodziną Zarębów z Białegostoku, która wspina się z piątką dzieci. Potem Macedonia i Triglav. Święta spędzimy ze znajomymi w hiszpańskiej Tarifie i już wspólnie z nimi udamy się do Maroka. Do Polski wrócimy w maju na egzamin ósmoklasisty Franka. Warto mieć azymut i patrzeć jakie życie daje Ci szanse. Nie warto się rozczarowywać, trzeba zostawić margines, że coś się w tych planach pozmienia.
Karolina: Kiedyś na trasie zauważyłam naklejkę w języku niemieckim przyklejoną na szybę vana. Naszło mnie, żeby to przetłumaczyć, chociaż zazwyczaj tego nie robię. Tekst brzmiał: „Jestem w podróży z głowy do serca”. Myślę, że to hasło idealnie do nas pasuje.

Autor tekstu: Agata Kajca (mama w skałach)
https://facebook.com/mamawskalach/
IG: @mamawskalach)
☕ Jeśli macie chęć wesprzeć moje działania w sieci to możecie to zrobić kupując mi kawę: https://buycoffee.to/mamawskalach, dzięki temu mogę tworzyć artykuły i pozwolić sobie na prowadzenie tej strony 🙂.
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum rodziny Parypów. Pozostałe zdjęcia podpisane zgodnie z autorstwem,
Zdjęcie główne: Rodzina Parypów w komplecie na Taborze pod Krzywą, wrzesień 2025, fot. A. Kajca






