Wspinaczkowa rodzina z Polski wyprowadziła się do Hiszpanii. „Dużo wyzwań i nieprzespanych nocy, ale było warto”

Przeprowadzka do Hiszpanii na stałe, brzmi jak spełnienie marzeń niejednego wspinacza – warun przez cały rok, multum skałek, morze, pyszne jedzenie i wakacyjny klimat. Jednak życie za granicą to nie tylko słońce i fiesta, ale także wyzwania związane z adaptacją do innej kultury, języka i codziennych realiów. Takiej życiowej rewolucji postanowiła dokonać rodzina z Polski, która ponad dwa lata temu wyprowadziła się na stałe do Walencji. Obecnie, z perspektywy czasu mogą podzielić się nie tylko radosnymi chwilami spędzonymi w hiszpańskiej skałce, ale również trudnościami, z jakimi musieli się zmierzyć w trakcie procesu osiedlania się w nowym kraju.

AGATA KAJCA (MAMA W SKAŁACH): Z jakiego powodu postanowiliście wyemigrować do Hiszpanii? Czy słońce przez cały rok było jednym z głównych argumentów?

PAULINA: W sumie zawdzięczamy to naszym pociechom i ich niechęci do jazdy fotelikami samochodowymi (śmiech). Tak na poważnie, to myśl o przeprowadzce zawsze z nami była, ale dopiero pojawienie się pierwszego dziecka zaczęło ją dosyć szybko urealniać. Nasza córka nie znosiła jazdy samochodem, więc każda wyprawa w skały kończyła się dramatem.  Postanowiliśmy, że musimy coś z tym zrobić. To była szybka piłka – wyprowadzamy się bliżej skał. Braliśmy pod uwagę Dolny Śląsk, bo kochamy ten region, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na Walencję i słońce przez 365 dni w roku. Argumentem za Hiszpanią było również to, że dziewczynki mogą nauczyć się drugiego najczęściej używanego języka na świecie. Myślę, że przyda im się to w życiu.

Od czego zaczęliście przygotowania?

Przygotowania zaczęły się dużo wcześniej. Kiedy byłam w drugiej ciąży rozpoczęłam zaoczne studia na filologii hiszpańskiej. W tym samym czasie mój mąż zapisał się na kurs programowania, ponieważ wiedzieliśmy, że konieczna będzie zmiana pracy na zdalną i dobrze płatną. Kiedy dziewczynki były małe często puszczałam im bajki i piosenki po hiszpańsku, żeby osłuchały się z tym językiem.

Wiele rzeczy związanych z wyjazdem udało mi się załatwić zdalnie, w dużej mierze dzięki pomocy znajomych. Zaczęłam śledzić też na facebooku grupę społecznościową „Polacy w Hiszpanii”, dzięki której znalazłam w Walencji świetne przedszkole leśne, na którym mi bardzo zależało. Trafiłam też na polską pośredniczkę nieruchomości, która szybko nam uświadomiła, że nie jest w stanie nam czegokolwiek znaleźć, jeśli nie ma nas na miejscu. W związku z tym musieliśmy zaryzykować wyjazd w ciemno.

Przyziemną i prostą sprawą, która mnie przytłaczała było przetransportowanie naszego dobytku. Po przeanalizowaniu różnych opcji zdecydowaliśmy się na zakup dużego auta z namiotem na dachu. Spakowaliśmy się do niego, zamknęliśmy drzwi polskiego domu i pojechaliśmy do Hiszpanii.

Namiot na dachu się przydał?

Bardzo, zwłaszcza kilka dni po przyjeździe, kiedy zaczynaliśmy szukać mieszkania. Przez pierwsze dwa miesiące nie byliśmy w stanie wynająć nic sensownego na dłuższy okres.

Możesz nam wyjaśnić z czego to wynikało?

Walencja to region wakacyjny, więc wiele ofert to były tzw. krótkoterminówki. Kilka mieszkań wynajęliśmy przez Airbnb – były to najtańsze oferty dla naszej czwórki i psa. Do tego istotne było, aby nasze lokum znajdowało się stosunkowo blisko od przedszkola. Pośredniczka pokazywała nam czasami oferty na wynajem długoterminowy, np. w blokach przy plaży w Walencji, ale to nie były dobre rozwiązania dla naszej rodziny. W Walencji jest również problem z parkowaniem, więc mieszkańcy bloków mają swoje miejsca parkingowe w garażach. Niestety nasze auto ma dwa i pół metra wysokości, więc nie dalibyśmy rady skorzystać z tej opcji. Poza tym w blokach przez pół roku jest mało ludzi, ale wraz z sezonem pojawiają się tłumy.

Wynajem na dłuższy termin wiąże się również z tym, że właściciel mieszkania oczekuje od nas Numeru Identyfikacji Obcokrajowca (NIE) oraz numeru konta bankowego. Większość banków odmawia założenia konta, jeśli nie posiada się statusu rezydenta. Żeby to załatwić trzeba udać się do placówki, która jest przychylna obcokrajowcom i wyda taki numer. Dopiero za pomocą hiszpańskiego konta można zapłacić za wynajem mieszkania, rachunki oraz za przedszkole czy szkołę muzyczną.

Auto z namiotem na dachu wiele razy im się przydało (fot. arch. prywatne)

W końcu udało się znaleźć coś na dłuży termin?

Tak, po około dwóch miesiącach, ale tylko dlatego, że dom był w strasznym stanie, a właściciel potrzebował pieniędzy. W domu przywitały nas szczury i wieloletni brud, ale w obliczu widma bezdomności, nie było to dla nas kluczowe. Doprowadziliśmy go do normalnego stanu i dobrze nam się tam mieszkało, ale nic nie trwa wiecznie. Po niecałych dwóch latach właściciel kazał nam zwolnić domek, ponieważ postanowił go jednak sprzedać. Było nam szkoda, ale z drugiej strony poczuliśmy ulgę, ponieważ było kilka sytuacji, w których ten Pan nie był zbyt uczciwy wobec nas. Dzięki pomocy koleżanki udało nam się znaleźć nowe mieszkanie, w którym jesteśmy do tej pory.

A jakie są koszty wynajmu takiego domu? 

Ceny zaczynają się od około 800 euro w górę. W tej cenie można wynająć dom z dużym ogrodem i basenem lub przestronne mieszkanie z balkonami i tarasem.

Obecnie ciężko znaleźć coś w niższym przedziale. Ceny znacząco podskoczyły po wielkiej powodzi w 2024 roku. Jesteśmy świadkami tej sytuacji, ponieważ cztery rodziny hiszpańskie z naszego przedszkola nie są w stanie nic wynająć. Ceny lokali są dla nich zbyt wysokie. Wcześniej od wielu lat mieli niższą, stałą opłatę.

Z kolei kupno domu to koszt około 100 tys. euro. Domy są przeważnie do remontu i mają spory teren wokół. W standardzie jest basen. Z opowieści znajomych wiem, że w lepiej kupić dom do remontu i samemu go naprawiać, niż dopłacać za robociznę Hiszpanów.

A jeśli chodzi o rachunki? Czy życie w Hiszpanii jest droższe czy porównywalne do Polski?

Koszty życia w Hiszpanii są podobne do tych w Polsce. Wydatki na utrzymanie prezentują się prawie identycznie, a opłaty za czynsz, prąd i wodę często okazują się niższe. Wizyty u lekarzy rodzinnych i specjalistów są darmowe, natomiast usługi stomatologiczne są płatne. Ceny artykułów spożywczych są porównywalne, niektóre produkty są nawet tańsze.

Nasze spostrzeżenie jest takie, że wydajemy mniej pieniędzy na jedzenie, niż w Polsce. Prawdopodobnie przez to, że jest cieplej i nie chce nam się tak bardzo jeść. Przygotowujemy też lżejsze i zdrowsze potrawy. Jemy więcej ryb i owoców.

W Polsce wydawaliśmy również sporo pieniędzy na wakacje i wyjazdy w skały. W Hiszpanii mamy bardzo blisko różne atrakcje, nie musimy jechać daleko od domu, żeby zrobić sobie mini wakacje.
W skały jedziemy kilkanaście minut. Dzięki temu też mniej wydajemy na benzynę.

Odnoszę wrażenie, że nie mam tu takiej potrzeby posiadania jak w Polsce. Nie chodzę często po sklepach. Kupuję to co jest mi potrzebne, niezbędne. Myślę, że można tu mieć dużo mniej pieniędzy i być szczęśliwym.

Okolice Walencji sprzyjają rodzinnemu wspinaniu. Sporo rejonów polecili im na miejscu „lokalsi” (fot. arch. prywatne)

Jak Wasze córki zareagowały na przeprowadzkę? Czy zaaklimatyzowały się w nowym środowisku?

Starsza córka miała niecałe 5 lat jak się wyprowadziliśmy, a młodsza skończyła 3 latka. Przede wszystkim staraliśmy się nie przelewać stresów związanych z przeprowadzką na dzieci. Było ich dużo, zwłaszcza w tych pierwszych miesiącach w Hiszpanii, ale staraliśmy cieszyć się plażą, skałami i wakacyjnym klimatem.

Dziewczynki szybko załapały język hiszpański. Około miesiąc zajęło im, żeby zacząć się normalnie komunikować. W Walencji jest sporo polskich rodzin, więc mają również możliwość bawić i rozmawiać z dziećmi w języku polskim.

Moje córki chodzą do leśnej szkoły. Jest to prywatna placówka, w której zajęcia są prowadzone na świeżym powietrzu. W planie jest zapisanie starszej córki do szkoły półpaństwowej, którą polecają nam znajomi. Wszystko jest trochę uzależnione od tego, w którym miejscu kupimy dom.

Jakie są ciemne strony takiej przeprowadzki? Domyślam się, że przez ten cały okres mieliście również kryzysy. Możesz o nich opowiedzieć?

Ciemne strony? Niepewność, tęsknota za rodziną w Polsce, wątpliwości, wyjście ze strefy komfortu, niespodziewane sytuacje, zmiana dotychczasowego trybu życia, kompromisy…Stresujących momentów i nieprzespanych nocy było wiele, ale dwie sytuacje były naprawdę ciężkie.

Pierwsza z nich to moment, w którym mój mąż stracił pracę w 3 miesiące po przeprowadzce do Hiszpanii. Nowa praca w roli programisty okazała się za trudna, w momencie, kiedy ciągle zmienialiśmy mieszkanie, mieliśmy cały dobytek w aucie, a dziewczynki nie chodziły do przedszkola. Sytuacja była mocno podbramkowa, musieliśmy wrócić do Polski, aby oddać sprzęt. Przez miesiąc mieszkaliśmy u koleżanki, ponieważ nasz dom został wynajęty. Czuliśmy, że generujemy tylko koszty, bo przebywaliśmy w Polsce, a mieszkanie w Hiszpanii było opłacone na pół roku z góry. Mąż szukał pilnie nowej pracy, więc sytuacja była mocno stresująca. Nie wiedzieliśmy czy nam się uda. Ostatecznie wróciliśmy do Hiszpanii i skończyło się dobrze.

Druga sytuacja związana jest z wyjazdem do Polski na urlop. W okolicy Barcelony zepsuło nam się na autostradzie auto. Wysiadła nam pompa. Mieliśmy na tyle szczęścia, że zjechaliśmy na małą zatoczkę zanim auto stanęło. Spędziliśmy w niej dwa dni. Bez toalety i dostępu do wody, za to w pełnym słońcu. Niestety ubezpieczenie, które wykupiliśmy nie obejmowało holowania do ojczyzny. Uratował nas mechanik, który zawiózł nas lawetą na stację benzynową pod Walencją. Pozostało nam czekać, aż naprawią nam auto, natomiast w Hiszpanii nie można być do końca pewnym czy zrobią to jutro czy za tydzień – często słyszysz tranquilo. Poza tym na tej stacji nie czuliśmy się bezpiecznie – kiedy wybraliśmy się do sklepu, ktoś wybił nam szybę w aucie i ukradł sprzęt wspinaczkowy. Jedyną rozsądną opcją był dla nas powrót do Polski i naprawa auta w kraju. Udało nam się znaleźć poprzez forum laweciarza, który nas stamtąd przetransportował za „jedyne” 8 tysięcy złotych. Teraz mamy lepsze ubezpieczenie. Dopiero po tej historii okazało się, że jednak da się mieć w ubezpieczeniu holowanie za granicą.

Kiedyś od skał dzieliło ich kilkaset kilometrów. Dziś dotarcie pod najbliższy sektor zajmuje im kilkanaście minut…(fot. arch. prywatne)

Jak reagowaliście na takie sytuacje? Czy zdarzało się Wam powiedzieć: to był zły pomysł.

Przez te dwa lata miałam już tyle kryzysów, że ciężko je nawet policzyć. Wiele z nich wynika z tęsknoty za babcią. W gorszych momentach miewałam nieprzespane noce. W Polsce pracowałam przez całe swoje życie dorosłe, a tu pierwszy raz w życiu nie pracuję i nie widzę na ten moment możliwości, żebym mogła zacząć. W tych wszystkich gorszych chwilach mój mąż jest ostoją równowagi psychicznej i racjonalnych argumentów. Zawsze wtedy przypomina mi, dlaczego tu przyjechaliśmy i ile nam to daje szczęścia, mimo przeciwności losu. To zawsze uświadamia mi, że ta decyzja była tym czego oboje pragnęliśmy i mimo, że jest trudno, to decyzja była dobra.

A jak Wam się żyje na co dzień w Hiszpanii? Czy mieliście problem z przystosowaniem się do tradycji?

Do wielu rzeczy, jak np. sjesta trzeba się po prostu przystosować. Na początku mieliśmy problem z przestawieniem się, że restauracje są otwarte tylko w określonych godzinach. W Polsce możesz zjeść posiłek o każdej porze. W Hiszpanii, jest nieco inaczej – obiad można zjeść maksymalnie do 15, a potem, dopiero po 19. W międzyczasie możesz zjeść chipsy w barze. Trzeba to zawsze wziąć po uwagę w planowaniu wycieczek z dziećmi i ich głodem ;).

Podoba nam się podejście Hiszpanów do wychowywania dzieci. Wydaje się, że są bardziej przyjaźni rodzinom i traktują dzieci jako część społeczeństwa dorosłych. Normalne jest widywanie pociech w restauracjach, barach czy bawiących się późnym wieczorem na placach zabaw. W hiszpańskich rodzinach często kładzie się nacisk na swobodę dzieci w eksplorowaniu świata, więc rodzice zazwyczaj starają się nie być nadmiernie kontrolujący. Hiszpanie mają dużo cierpliwości do maluchów. Nie czuję tu takiej wewnętrznej presji jak w Polsce, że komuś przeszkadzam, że ktoś mi zwróci uwagę i mnie skarci. W Polsce obcy ludzie pozwalają sobie na krytykowanie naszych dzieci i naszych metod wychowawczych. Przez to jesteśmy takie zestresowane i napięte.

W skałach rodzinne wspinanie jest postrzegane jako coś normalnego. Mam doświadczenie, że Hiszpanie zagadują dzieci i uśmiechają się do nich. Nie wyczuwam krytycznych spojrzeń. W Polsce jest inaczej. Kiedyś robiłam obozy z dziećmi na Słonecznych Skałach na Jurze i ludzie potrafili na nas krzyczeć, że „mamy przestać się wydzierać”, bo oni wstawiają się w trudne drogi i my im przeszkadzamy. Od Hiszpanów nie wyobrażam sobie, żebym coś takiego usłyszała. Może dlatego, że sami są głośni.

Rodzina stara się spędzać dużo czasu w outdoorze. Łagodne zimy w tej części Europy powodują, że dzieci mogą się wspinać i jeździć na rowerze przez cały rok. Takie dzieciństwo to marzenie każdego dziecka :)… (fot. arch. prywatne)

Jednym z powodów Waszej emigracji był szybki dostęp do skał, bo w Polsce mieliście do nich daleko. Czy udaje Wam się z tego korzystać?

Jesteśmy w skałach co weekend, do tego wspinamy się też po pracy, jeśli mamy na to chęć i czas. Nie jesteśmy zafiksowani na trudne przejścia RP, bo mamy na ten moment dużo radości ze wspinania rekreacyjnego. Sporo bulderujemy, ponieważ wspinamy się z dziewczynkami sami, więc prościej jest nam to ogarnąć niż z liną. Na bulderach też możemy się wyszaleć z trudnością. Kiedy przyjeżdżają do nas przyjaciele z Polski zabieramy ich w fajne rejony z liną.

Wspinamy się często w sektorach, do których nikt z Polski raczej nie dociera. Mamy dużo poleconych skał od znajomych. Na miejscu mamy świetną jaskinię bulderową Alamnerę z widokiem na morze. Ciężko tam się ogarnąć bez lokalsów. Jest tam trochę jak na Pełczy – nie wiesz co możesz ruszyć, a co nie, żeby zrobić balda Mamy tam swoje projekciki.

Zwiedzamy wspinaczkowo okolicę bliższą i dalszą w rytmie tranquilo. Nie musimy się spieszyć, wspinania nam tu nigdy nie zabraknie.

Jakie macie plany na przyszłość? Zostajecie?

Tak, chcemy zostać. Przynajmniej na ten moment 😊.

Strony, z których korzystała bohaterka przed wyjazdem: Grupa FB „Polacy w Walencji”
Grupa FB: „Polacy w Hiszpanii”


Autor tekstu: Agata Kajca (mama w skałach)
 https://facebook.com/mamawskalach/
IG: @mamawskalach)

☕ Jeśli macie chęć wesprzeć moje działania w sieci to możecie to zrobić kupując mi kawę: https://buycoffee.to/mamawskalach, dzięki temu mogę tworzyć artykuły i pozwolić sobie na prowadzenie tej strony 🙂


Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum bohaterki wywiadu.

Podobne artykuły

Skomentuj